Nieerotyk II
Nie planowałam,tak wyszłojakoś samo.Nie powiedziałam,ta chwilakosztowała życie.Umierałamzamknięta w strachu,każdego ranka.Odradzam się,w ciepletwoich słów.Ale...Wciąż nie wiemczy mogę,się przytulić.
Nie planowałam,tak wyszłojakoś samo.Nie powiedziałam,ta chwilakosztowała życie.Umierałamzamknięta w strachu,każdego ranka.Odradzam się,w ciepletwoich słów.Ale...Wciąż nie wiemczy mogę,się przytulić.
Bezśmiech,Bezpłacz,Bezkrzyk,Bezszept,Bezmysł,Bezjaźń,Bezduch,Bezczucie,Bezsenność,Bezdomność,Bezbronność…Nadzieja
Ogień śle w niebo setki iskier,zapach czerwcowych ziółmiesza zmysły.Pod stopamipulsuje ziemia,odwiecznym rytmem życia.Na krawędzi cieniawirują kształty,rozwiane włosy, splątane ręce.Odrzucane skrawki skromnościJeden po drugimopadają na trawę.Dłoń odnajduje dłoń,usta szukają ust.Zachłannie splecione…
„...Dlaczego nagle zrobiło się cicho?Wciąż słyszę muzykę, wieża gra, ale… cisza jest we mnie. Nawet nie drgną, a jednak… jest bliżej.Jego oczy, ten blask… nigdy tak na mnie nie patrzył.…
Dotknij mnie.Prawdziwie, całym sobą,najgłębiej jak potrafisz.Dotknij mnie.Myślą i słowem,spojrzeniem i uśmiechem.Dotknij mnie.Odkryj, nazwij,jak nikt przed tobą.Rozpal mnie.Niewinnym gestempozbawionym dotyku.Rozpal mnie.Półsłówkiem, aluzją,obietnicą.Zrób to.A dostaniesz więcej,niż marzysz.
Pąkowiany ciepłą bryząpowoli rozchylakarminowe płatki.Niby spragniony motylmuskam delikatnie cud naturywprawiając w drżeniewciąż ukrytewnętrze.Ostrożnie spijampierwsze krople nektaruzniewolony zapachemTwojej miłości.Nie znam piękniejszej chwiliod tej, gdy z cichym westchnieniemdla mnie rozkwitasz.
Biało-czerwony,wełny kłębek,opadło stado,ledwie nieślepych kociąt.Pazurki, ząbki,turlanie.Gonitwa, dzikie skoki,szamotanie.Lecą strzępy,skrawki, kawałki.Przednia zabawa.Zmęczone kocięta,zasnęły.Nie zrozumieją jutro,gdzie się podział,biało-czerwony,wełny kłębek.
Codzienniechłonę misteriumpospiesznych poranków.Znad kubka kawypodziwiam spektaklburzy niesfornych włosówdo wtóru opadającego muślinu.Czekam pierwszegouśmiechu –wspomnienia nocy,obietnicy wieczoru.Niestetyokrutny czas pozwala jedynieprofanować twego ciała świętośćnienajczystszymi myślami.
Deszcz sączył się z nieba bez końca, jednostajnym, monotonnym rytmem. Krople spływały po kapturze, twarzy, dłoniach, które dawno już utraciły ciepło. Listopad. Chłód, w którym nie było nic odświeżającego –…