Najtrudniej mówić o sobie.

Człowiek woli posiedzieć przy ogniu i milcząc patrzeć, jak iskry wędrują ku ciemnemu niebu, zazdroszcząc gwiazdom. Skoro jednak przyciągnął cię blask płomieni, dobry zwyczaj nakazuje, żebyś wiedział, z kim dzielisz miejsce przy ogniu.

Tejot ma swoje lata — może jeszcze całkiem nie stetryczał, ale powiedzmy, że raczej ma bliżej niż dalej. (Choć nikt nie wie, co mu Erynie szykują). Tak czy siak: choć szron już mocno na łbie osiadł, upór i młodzieńcza przekora wciąż trzymają się Tejota równie mocno, jak kiedyś. Wciąż potrafi zapatrzyć się w babie lato nad łąką, wciąż odprowadza tęsknym wzrokiem odlatujące bociany, marząc, że kiedyś poleci razem z nimi.

Homo Sapiens Tejotus to stworzenie z nieco innej epoki. Z czasów, gdy wszystko działo się wolniej, a ludzie siadali razem i naprawdę potrafili być razem — bez filtra ekranów, pogoni za lajkami i źle rozumianą atencją. Niezmiennie nosi w sobie tęsknotę: nie za przeszłością jako taką, tylko za obecnością drugiego człowieka. Tą prawdziwą.

W latach dziewięćdziesiątych — które w pamięci wciąż migoczą niczym ognisko w Bieszczadach — Tejot był malutkim kawałkiem czegoś większego: wspólnoty, której dziś niemal nikt już nie pamięta. O Dzieciach Kwiatach — wielkim, ogólnoświatowym buncie młodych ludzi z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, wciąż wiele można usłyszeć i przeczytać, ale o drugim (a może i trzecim), dużo cichszym i typowo polskim buncie, który narodził się w czasach transformacji i przez te czasy szedł pod prąd, mało kto słyszał. A jednak istniał, równie prawdziwy, jak rosa na trawie przed świtem. Jeśli zapragniesz zajrzeć w tamten świat, ścieżka prowadzi do strony: Jeszcze płoną ogniska.

Ale zostawmy wspólnoty. Wróćmy do człowieka.

Tejot od zawsze obchodził świat jakby bokiem. Nie pędził, nie rozpychał się na autostradzie życia — zamiast tego wybierał pobocza, polne drogi, ścieżki między drzewami. A kiedy tak wędrował swoim niespiesznym tempem, słowa same z siebie przewijały się w głowie. Jedne lepsze, drugie gorsze — wszystkie jednak domagały się zapisania. Odkąd pamięta, nosi w sobie dwie uporczywe, nieuleczalne przypadłości: grafomanię oraz wierszokletyzm. Do nich czasem dołącza myślenie — i wtedy robi się naprawdę niebezpiecznie. Dla papieru nie dla świata.

Ta strona jest właśnie po to. Żeby te słowa miały gdzie przysiąść. Zapatrzyć się razem z Tejotem w płomienie. Żeby ktoś, kto zabłądzi w internetowym gąszczu i tu trafi, mógł — oczywiście, jeśli zechce — ogrzać dłonie nad czyimś zdaniem. A może i zostawić coś od siebie, karmiąc tejotową tęsknotę.

Dość.

Ognisko i tak ma ciekawsze rzeczy do opowiedzenia.

Czujcie się ostrzeżeni.

Czytacie na własne ryzyko.

Tejot