Tajemnicze ruiny wznosiły się majestatycznie nad sporą wioską (dziś już miastem). To właśnie pod mury piastowskiego Orlego Gniazda przenosiła się z pobliskiej Częstochowy kolorowa brać po piętnastym sierpnia.
Pierwsze zloty odbywały się tu jeszcze w latach siedemdziesiątych, na początku dziewięćdziesiątych namioty wciąż wolno było rozbijać przy samych ruinach, później pogoniła nas stamtąd policja. Dziś, co Tejotowi wciąż jakoś nie mieści się w głowie, za wstęp na zamek trzeba zapłacić. Ale to inna historia i inne czasy.
Koczowisko było niby przedłużeniem Częstochowy, tej samej rzeki, która po prostu płynęła dalej, jednak oddychało zupełnie inaczej. Tam był tłum, hałas, jarmarczny odpust, byliśmy tylko niewielką grupką w masie pątników, w Olsztynie byliśmy sami, dla siebie.
Ze wszystkich zlotów właśnie koczowisko, przynajmniej dla Tejota, było najbardziej wspólnotowe. Czas pod zamkiem płynął inaczej, jakby gdzieś obok, po cichu, starając się nie przeszkadzać. O ile początek był znany, o tyle nikt nigdy nie wyznaczał końca. Legenda głosi, że jedno z Koczowisk trwało aż do ostatnich dni października, kiedy to zniknął ostatni namiot.
Nie wiem, czy to kwestia samego miejsca, tego nieustającego wrażenia zanurzenia w przeszłości, wciąż zaklętej w ruinach magii czy też historii szeptanej przez kamienne mury, ale w Olsztynie wolność zyskiwała wymiar niemal mistyczny i namacalny jednocześnie. Brązowiła się w hennowych rysunkach zdobiących ciała obu płci, wyzierała z rozkładanych przy ognisku kart tarota, iskrzyła w magii skandynawskich run, szeptała w słowach ewangelii, czytanych sercem, uczciwie, bez tych wszystkich klerykalnych naleciałości. Była też w trawie pieszczącej nagie ciało, wietrze rozwiewającym włosy i deszczu, spływającym ciepłymi kroplami po twarzy. I była też w poezji, takiej jak ten wiersz Podusi:
JA
Będę sobie szła
Gdzie oczy poniosą
białym lutym
kaczeńcowym kwietniem
chabrowym lipcem
I będę miała sukienkę
Taką białą bez falbanek
Wianek z liści na głowie
Rozwiane w parasolkę włosy
Będę sobie szła
Tak przed siebie
Dla siebie
Będę sobie szła
Bo nie umiem
Się zatrzymać.
To podczas koczowiska Tejotowy zeszyt tracił z reguły najwięcej czystych kartek.
Była też w rozmowach. Długich po świt, toczonych czasem przy ognisku, czasem w ciemnościach rozświetlonych wyłącznie blaskiem gwiazd. Dzieciak, Podusia, Sarna, Gerwaz, Dandi, Bizon, Żabcia, Cygan, Apacz, Rybka, Jola, Radek, Daga, Majka, Justa, Aśka, Stachu, Tarzan i wielu, wielu innych, których imion i pseudonimów Tejot dziś już nie pamięta, bez względu na wiek i drogę, jaka ich do ogniska przywiodła.
Wspólny śpiew, wspólne posiłki, wspólny ogień, ale my, narybek, patrzyliśmy w płomienie nieco inaczej.
Trudno stwierdzić, że już wtedy coś się zaczynało, bo nikt nie czuł, by cokolwiek miało się zacząć, a jednak jakieś pierwsze, drobne przesunięcie przestrzeni między „narybkiem” a „starą gwardią” musiało się pojawić mniej więcej wtedy.
Bo widzisz, była istotna różnica między starą gwardią, która spędziła trochę czasu w aresztach, zapoznała się z „czułym dotykiem loli”, której na siłę golono głowy, a narybkiem, którego nikt już nie ścigał, nie pałował, nie zamykał. Siłą rzeczy, nasze wolności były różne tak, jak jej poszukiwanie. Tejot rozumie to dziś, bo wtedy nie miał o tym pojęcia.
Przede wszystkim jednak to właśnie tam, w Olsztynie, w cieniu wyniosłej baszty, Mojry splotły losy Dzieciaka z wulkanem energii i witalności, zaklętym w wiecznie uśmiechniętej, niezwykłej szatynce, rzucającej roziskrzone spojrzenia zza szkieł okularów. Z Janis.