Od czego by tu zacząć?
Może najlepiej od początku. Tylko gdzie właściwie ten początek był? Czy zaczęło się od niemiłosiernie trzeszczącego „Hey Joe” na zdezelowanym magnetofonie? A może od skądś zdobytego VHS-a z koszmarnej jakości kopią „Hair” Miloša Formana? Nie…
Raczej od zaciekawienia i dziwnej (dla nieśmiałego z natury Tejota) chęci poznania kolorowych „dziwaków” spod wrocławskiego pomnika Fredry (wtedy jeszcze nieotoczonego łańcuchami). To właśnie tam, pod Fredrą, w nastoletnie łapy Tejota wpadło coś niepozornego, niemal na śmierć zaczytanego: „Życie w drodze. Antologia poezji hipisów”.
Chłonąc jak gąbka wiersze Małgorzaty Orlik, Mamy Radeckiej, Suzi, Apacza, Tarzana, Drwala i innych, odkrył Tejot swoje — pełne zadumy, bólu, ale także kolorów — miejsce w beznadziejnej szarości ostatnich lat PRL-u. Niemal z dnia na dzień „margines” spod Fredry stał się rodziną, a najróżniejsze „chaty” czy „tramwaje” (słowa „squat” chyba nikt wtedy jeszcze nie używał) drugim domem.
To tam Tejot odkrywał Stachurę, Wojaczka, Hłaskę, Ginsberga czy Bukowskiego. Tam toczył długie dyskusje i spory o świat, życie, religię, sens wszystkiego, z ludźmi, z których część była niewiele młodsza — albo wręcz w wieku tejotowych rodziców, a mimo to, traktowała go jak równego sobie.
Był tylko jeden problem: fredrowa grupa szybko topniała. Dlaczego? Najtrafniej ujął to Wojtek „Tarzan” Michalewski, tytułując jeden z rozdziałów „Mistyków i Narkomanów” słowami: „Proszę o ciszę, moje pokolenie umiera”.
Niektórzy, wyniszczeni przez „kompot” i inne używki, odchodzili z tego świata. Inni wracali do „normalności” z własnego wyboru albo poskromieni przez codzienność.
A Tejot już nie miał dokąd i, po prawdzie, nie chciał wracać, bo kiedy twój świat przestaje się zazębiać z otoczeniem, prędzej czy później lądujesz na marginesie, a świat Tejota, gdy zaczął „hipisieć”, stał się bardzo szybko niemal biegunowo odległy od świata jego rówieśników. Tym bardziej ciągnęło więc tego małolata do miejsca, gdzie czuł się „u siebie”.
Tak Tejot został „Dzieciakiem” i tak trafił na swoje pierwsze Szpakowisko — pielgrzymkę i zlot w Częstochowie, organizowane przez kapelana polskich hippisów, księdza Andrzeja Szpaka. To właśnie tam, ku swojej wielkiej radości, odkrył, że takich jak on „dzieciaków” jest więcej. Mogą przejąć pałeczkę i ponieść dalej przesłanie wolności w imię miłości, otwartości i tolerancji.
Ps.
Dziś „Życie w drodze” jest białym krukiem, dostępnym może w jakichś zapomnianych bibliotekach, sporadycznie trafiającym się w antykwariatach. Pewnym rzeczom jest jednak przeznaczone trwać mimo przeszkód. Jeśli więc interesuje Cię, co takiego Tejot w tej książeczce odkrył, masz szansę. Zajrzyj pod link:
https://serwer1465160.home.pl/hippie
Historia ocalenia i digitalizacji tego zbioru, jest sama w sobie, czymś niezwykłym.