Częstochowa

Mimo swego naturalnego chaosu jakimś cudem Szpakowisko zawsze docierało do Częstochowy „o czasie”, czyli najczęściej 13 sierpnia i ponad wszelką wątpliwość była to najgłośniejsza, najbardziej kolorowa i budząca najbardziej skrajne emocje grupa, jaka w tych dniach na błonia jasnogórskiego klasztoru docierała.

Do niepisanych tradycji Szpakowiska należała głośna muzyka (niekoniecznie religijna), tańce, śpiewy i bieg na klasztorne wzgórze. Częstym było też zapraszanie do wspólnych śpiewów i tańców przygodnych ludzi wzdłuż al. Najświętszej Maryi Panny. O dziwo dużo łatwiej było do wspólnej celebracji wciągnąć osoby starsze i duchowne, choć nie stanowiło to reguły.

Na samych błoniach Szpakowisko gwałtownie się rozrastało. Część kolorowej braci nie uczestniczyła bowiem w pielgrzymce, lecz najprzeróżniejszymi drogami i sposobami docierała na miejsce zlotu. Głośne powitania i ogólny, niemający na ogół nic wspólnego z podniosłym nastrojem miejsca i czasu, hałas i zamieszanie, na ogół budził dość sceptyczne podejście innych grup pielgrzymkowych, z przestawianiem namiotów jak najdalej od naszego „demonicznego” obozowiska włącznie.

Nasz krąg był miejscem wiecznie żywym, rozedrganym gorącymi dyskusjami, wibrującym poezją, śpiewem i tańcem, a jedynym jego stałym i niezmiennym elementem były msze celebrowane przez Szpaka, w których uczestnictwo było jednak całkowicie dowolne.

To właśnie w Częstochowie Dzieciak poznał Podusię, Sarnę, Gerwaza, Dandiego i wielu innych „spóźnionych” hipisów, z którymi w niedalekiej przyszłości miał współtworzyć „własną rewolucję”. Wtedy jednak jeszcze o tym nie myślał. Cieszył się po prostu, że wokół siebie ma ludzi już nie tylko podobnie patrzących na świat, ale i w podobnym wieku.

Jak wspomniano wcześniej stosunki Szpakowiska z pozostałą częścią pątników na polu namiotowym należałoby określić raczej jako chłodno-ostrożne, przypominające nieco relacje psa z jeżem.

Nieco inaczej wyglądała sytuacja na ulicach miasta, gdzie siedzące na chodnikach czy ławkach kolorowe grupki, którym bardzo często towarzyszył dźwięk gitar i śpiewy budziły ostrożną ciekawość, a niekiedy nawet spotykały się z niespodziewaną przychylnością.

Tejot do dziś pamięta, jak taką rozśpiewaną i roztańczoną grupkę, „zaatakowało” nagle dwóch, ewidentnie znudzonych i nadgorliwych, stróżów prawa. Pewnikiem znów by się skończyło spisywaniem, czy próbą wciśnięcia mandatu „za zaśmiecanie” (bo te pety, wokół to z pewnością wasza robota), gdyby nie reakcja przechodniów i okolicznych sklepikarzy, którzy dość ostro poinstruowali krawężników, żeby zajęli się czymś ważniejszym, od czepiania się młodych ludzi, którzy po prostu sobie siedzą i śpiewają, nikomu nie wadząc. Koniec końców, niebiescy dali sobie spokój, a jakby tego jeszcze było mało, dziewczyny załapały się na darmowe lody włoskie, bo: „takie wesołe i takie śliczne”.

W przełamywaniu lodów na polu namiotowym zaś czasem pomagała sama matka natura. Tejot już nie pamięta, który to był rok, ale burzy, jaka zdemolowała niemal połowę namiotów, niemiłosiernie siekąc gradem i gwałtownym wiatrem nie zapomni nigdy.

Gdy znów wyjrzało słońce, cały teren wyglądał niczym pobojowisko. My, z definicji raczej przyzwyczajeni do najróżniejszych humorów matki natury, ogarnęliśmy się w miarę szybko, po czym ruszyliśmy z pomocą innym pątnikom. Trzeba było postawić na nowo, poprzewracane przez wiatr namioty, rozwiesić setki rzeczy do suszenia, poodnajdywać rozniesione wichurą przedmioty. Tym najbardziej poszkodowanym pomóc przenieść dobytek do pomieszczeń udostępnionych przez Paulinów. Mimo że burza miała miejsce wczesnym popołudniem, zanim ten chaos udało się, choć z grubsza ogarnąć, nastał późny wieczór.

To wszystko sprawiło, że w ciągu tegoż jednego wieczora, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, z „dziwaków, którzy nie wiadomo co tu robią” awansowaliśmy do statusu: „nasi kochani”. Było to całkiem zabawne, ale Tejot przyzna też uczciwie, że nigdy wcześniej ani nigdy później nie jadł na zlocie tak dobrze, jak wtedy.

Dodaj komentarz