Jeśli ktoś z Was kiedyś widział pielgrzymkę lub w takowej uczestniczył, niech wyrzuci do kosza wszelkie skojarzenia. Owszem, się szło, owszem, msze i modlitwy były elementem codziennym, ale na tym pielgrzymkowatość szpakowiska, w tradycyjnym rozumieniu, się kończyła.
To była rzeka, która wypływając wątłym, kilkunasto-kilkudziesięcioosobowym strumyczkiem w drodze rosła, by u bram Częstochowy osiągnąć poziom kilkuset (rekord to podobno ponad 600) dusz, a na polu namiotowym urosnąć jeszcze bardziej.
Niepisany „regulamin” (kto by miał głowę do takich pierdół) był stały, przez lata niezmienny i składał się z jednego punktu: „Na pielgrzymce można czuć się nieskrępowanie i naturalnie, manifestować swoją wolność oraz nie poddawać się żadnym rygorom”.
Na przedzie, niezmiennie, dwustronny obraz Jezusa Miłosiernego i Matki Boskiej Częstochowskiej oraz skupiona wokół niego grupa modląca się, śpiewająca pieśni religijne, rzekłbyś: pielgrzymi przez duże „P”. W środku kolorowa ekipa, w której bez problemu można było znaleźć krisznowców, buddystów, ateistów i przedstawicieli wszelkich możliwych subkultur, dyskutująca o sprawach wszelakich, czasem wielkich, czasem całkowicie przyziemnych.
Całość próbowała ogarniać grupa porządkowych co jakiś czas racząca pątników swoim okrzykiem godowym: „Lewa wolna!” wzmocnionym niekiedy kurwą-macią, co miało na celu zgonienie pielgrzymkowego stada na jedną stronę drogi, by przepuścić jakiś zabłąkany samochód.
Nad tą zgrają „czuwało” również Radio Wolny Hipis – pielgrzymkowy radiowęzeł pozbawiony redakcji i cenzury. Można w nim było usłyszeć absolutnie wszystko. Od modlitw czy opowieści z życia zakonnego, przez wiersze Stachury czy Wojaczka, twórczość własną wędrującej braci, „wywiady” ze współuczestnikami pielgrzymki, po modlitwy o koniec kaca, albo „ogłoszenia parafialne” jak apel o minutę ciszy dla kontemplujących rowy (fizjologia nie sługa), czy też przyziemne pytanie o piwo.
Była jednak część pielgrzymki całkowicie nieogarnialna i absolutnie odporna na wszelkie próby uporządkowania – ogon.
Ogon żył własnym życiem. Szedł własnym tempem, meandrował, zalegał przy wioskowych sklepikach, zawierając znajomości „przy piwku” z tubylcami. Zbierał grzyby, jagody, a niekiedy występował w roli szarańczy na jakimś polu z warzywami czy w sadzie. Pielgrzymka w ten sposób często rozciągała się nawet na przestrzeni kilku kilometrów.
Każda mijana, nawet najbardziej niepozorna wioska witana była śpiewem, grą na gitarach, waleniem w bębny, garnki i co kto miał pod ręką, z tym że bardzo rzadko występowała zgodność repertuaru. Tworzyło to najczęściej iście kocią muzykę bardziej przypominającą otwarcie bram piekielnych niźli pątniczy marsz. Stąd i reakcje miejscowych były raczej ostrożne niż wylewne. Powodowało to czasem konieczność organizowania noclegu ad hoc, gdzieś w lesie, polu, lub w przypadkowej, zajętej cichaczem stodole. Niekiedy jednak, po przełamaniu pierwszych lodów następowało ścisłe bratanie się z mieszkańcami, co nierzadko powodowało poważną ociężałość dnia następnego u części pielgrzymów.
Szpakowisko, mimo że było tworem żywym i do szpiku kości chaotycznym, miało jednak swoje centrum, które niczym magnes ściągało prędzej czy później wszelkie odnogi i odłamy do punktu zbornego. Centrum owo najczęściej ubrane w błękitną sutannę przyozdobioną ręcznie haftowanymi, kolorowymi kwiatkami i w nieśmiertelnej, chroniącej przed upałem, chustce na głowie nazywało się Andrzej Szpak. Dla nas po prostu „Szpaku”. Ksiądz, salezjanin, postać wśród hippisów absolutnie legendarna.
Na temat Szpaka napisano i powiedziano już bardzo wiele. Tejot nie będzie się rozpisywał. Zacytuje tylko wpis z jakimś cudem ocalałego tejotowego zeszytu:
Szpak
Szpaka
Szpakowi
Szpaka
Szpakiem
Szpaku!
Kocham ornitologię!
Zebra, Częstochowa 1993